Acatenango w Gwatemali – noc, gdy obudził nas wulkan Fuego
Noc na zboczu Acatenango w Gwatemali, huk, który podrywa wszystkich z namiotów, i czerwona lawa spływająca po sąsiednim wulkanie Fuego. Piotr Starzyński opowiada o dwudniowej wyprawie, na którą poszedł prawie bez przygotowania – z rozbitym palcem, bez czołówki i z bólem głowy – i o tym, dlaczego mimo wszystko nie zamieniłby jej na żadną łatwiejszą.
Wolisz pełny odtwarzacz? Odsłuchaj w Castopod
W tym odcinku
Notatki do odcinka
To nie jest poradnik krok po kroku, tylko relacja z pierwszej ręki: podejście do obozu, noc pod aktywnym wulkanem, nocne wejście na szczyt na wschód słońca i zejście, o którym przed wyjazdem mało kto myśli. Na koniec odpowiedź na pytanie, czy warto wejść na Acatenango i czego nie robić, żeby nie powtórzyć tych samych błędów.
Jeśli planujesz Acatenango: latarka czołowa nie jest dodatkiem, tylko podstawą. Weź dobre buty, leki na ból głowy, doczytaj o chorobie wysokościowej i realnie oceń swoją kondycję – trekking jest naprawdę wymagający.
YouTube:
https://www.youtube.com/@misjaswiat
FlyHunter.pl:
https://flyhunter.pl/
LecimyJutro.pl:
https://lecimyjutro.pl/
Transkrypcja
Pamiętam przede wszystkim huk. Spaliśmy we trzech w namiocie, gdzieś wysoko na zboczu Acatenango w Gwatemali. I nagle coś tak potężnie walnęło, że momentalnie w jednej chwili wszyscy byliśmy na nogach. Wybiegliśmy z namiotu i zobaczyliśmy coś, czego chyba nigdy nie zapomnę. Z sąsiedniego wulkanu, Fuego, wystrzelił w górę ogromny strumień czerwonej lawy. Przez chwilę wszystko było rozświetlone, lawa stopniowo opadała, spływała po zboczu i przygasała. To było niesamowite. Ale wiecie co, w pierwszej chwili bardziej się przestraszyłem niż zachwyciłem. Nie spodziewałem się, że erupcja może być aż tak głośna.
Ten dźwięk był potężny, zupełnie inny niż wszystko, co wcześniej słyszałem. Jest w tej historii coś zabawnego, bo kiedy zgadzałem się na wyprawę na Acatenango, w ogóle nie wiedziałem, że zobaczę coś takiego. Myślałem, że po prostu idziemy na kolejną górę.
Jak to się w ogóle zaczęło. Podróżowałem z moim przyjacielem Pawłem i mamy taki sposób planowania wyjazdów, że każdy z nas szuka miejsc i atrakcji, które go interesują, raz realizuję moje pomysły i innym razem jego. Acatenango akurat było właśnie pomysłem Pawła. Nie musiał mnie specjalnie przekonywać, Skoro chciał wejść na wulkan, to czemu nie? Lubię takie doświadczenia, więc po prostu też się zapisałem. Tylko że ja nie zrobiłem, w odróżnieniu od Pawła, praktycznie żadnego researchu. Nie mówiąc już o porządnym. Nie oglądałem wcześniej filmów, nie czytałem szczegółowych relacji. Wiedziałem, że czeka nas trekking w górę, Ale nie miałem pojęcia, jak będzie wyglądał, a do tego byłem przekonany, że dam sobie świetnie radę.
Serio, wydawało mi się, że jestem całkiem niezłym kozakiem i pewnie będę wchodził jako jeden z pierwszych. No cóż, i muszę powiedzieć, że rzeczywistość dość szybko zweryfikowała moje oczekiwanie czy moją wizję tej wspinaczki.
Ale zanim zaczęliśmy się wspinać, pojawił się jeszcze jeden problem. Dzień wcześniej szedłem sobie w japonkach, jak to mam w zwyczaju w ciepłych krajach i tak niefortunnie uderzyłem swoim małym palcem u nogi, że ledwo mogłem chodzić. Tak czasem macie, że uderzacie palcem o kant łóżka, a tutaj to było jakieś krzesło metalowe, na rynku w Antigua i uderzyłem tak silnie, że nie mogłem chodzić. To było kilka razy silniej niż czasem się zdarza nam uderzyć w kant łóżka. I palec był czerwony, bolał, a ja kulałem. Ledwo się doczłopałem do naszego pokoju. i tak jak mówię, to nie było lekkie uderzenie, po którym 5 minut człowiek się pokrzywi, poleży i w zasadzie o tym zapomni. Naprawdę miałem problem z normalnym chodzeniem.
I do ostatniego poranka nie byłem pewny, czy w ogóle na tę wyprawę pójdę. Paweł wiedział, że idzie. i Paweł jak poszedł wieczorem do sklepu, zakupić sobie produkty na podróż, to ja w tamtej chwili już byłem przekonany, że raczej nie pójdę i nie poszedłem wtedy z Pawłem. Potem jeszcze przemyślałem sobie to i poszedłem osobno do tego sklepu i kupiłem, pomyślałem, że najwyżej, jeżeli nie dam rady to sobie te produkty zużyję w inny sposób, ale chcę być mimo wszystko przygotowany. Ja byłem zapisany mimo wszystko i dopiero rano, jak założyłem swoje buty trekkingowe, to okazało się, że w tych butach jestem w stanie jakoś tam lepiej lub gorzej chodzić.
Mimo że palec nadal bolał, to nie uniemożliwiał mi poruszania się. i zdecydowałem się ruszyć razem z Pawłem. Dlaczego? Ja tak mam, że chyba częściej idę w coś i ryzykuję, a potem tego żałuję, niż odpuszczam. Niestety to mnie czasem gubi i w tym wypadku ja najbardziej bałem się, że coś mnie ominie. Pewnie znacie takie uczucie, jesteście gdzieś daleko od domu, pojawia się okazja zrobienia czegoś wyjątkowego i wiecie, że być może już nigdy nie wrócicie w to miejsce. Bo tak często w moim wypadku jest, tym bardziej tak myślałem o Gwatemali, że to będzie trudne do powtórzenia. Życie płynie dalej, pojawiały się kolejne obowiązki, inne podróże, inne plany, inne relacje i nawet jeśli kiedyś wrócicie do danego kraju, to niekoniecznie będziecie mieli tę samą okazję ale z tymi samymi osobami, w tych samych okolicznościach.
To się bardzo rzadko zdarza. Pomyślałem więc, że jeśli teraz zrezygnuję, to mogę później naprawdę tego żałować. Tym bardziej, że ten wulkan gdzieś tam, gdzieś tam w głowie rezonował. Wulkan, no wiecie, pod tym słowem wiele rzeczy się kryje i nie jest to taka rzecz, powiedzmy, którą można można w każdym zakątku świata zobaczyć, tym bardziej aktywnym. I ponieważ nie wiedziałem jeszcze na to, co się pisze dokładnie, to nawet lepiej dla mnie, to nawet chętniej, mimo wszystko się na to zdecydowałem.
Teraz opowiem o tym, o trekingu, który miał być łatwy w mojej głowie, oczywiście. Wyruszyliśmy. Pamiętam las, przez który przechodziliśmy, pamiętam mgłę i to, że gdzieś w oddali od czasu do czasu było słychać wybuchy Fuego. Nie były bardzo głośne, raczej sporadyczne odgłosy przypominające, że obok gdzieś tam znajduje się ten mityczny, no, aktywny wulkan. Szliśmy przez kolejne fragmenty trasy, zdobywając wysokość. Szybko okazało się, że to nie będzie taki zwykły spacerek, jak sobie to wyobrażałem wcześniej. Podejście było naprawdę wymagające i to potwierdzał zarówno Paweł, jak i moje nogi, bo na postojach nie byliśmy z Pawłem wcale w pierwszej grupie, Mimo że jakoś ogarnialiśmy temat, czasem chodziliśmy na siłownię, lubiliśmy chodzić dużo, także nie uważam, że byliśmy jakimiś osobami przyklejonymi do stołków, które pracują i siedzą cały dzień, ale też umówmy się, nie byliśmy najbardziej wysportowanymi ludźmi na ziemi, natomiast uważaliśmy, że damy radę.
więc nie byliśmy w pierwszej grupie, ale też uczciwie trzeba powiedzieć, że nie zamykaliśmy też całej wycieczki, natomiast na tych postojach gdzieś chętnie odpoczęlibyśmy dłużej, raczej byliśmy w tej drugiej połówce mimo wszystko i staraliśmy się iść swoim tempem. Widać było jednak po nas, że naprawdę sporo kosztuje nas ta wyprawa wysiłku. I tutaj muszę uczciwie powiedzieć jedną rzecz. Może kiedyś Paweł też to usłyszy, ale myślę, że też myśli podobnie, chociaż nie wiem. Bardzo dużo dawało mi to, że szedłem właśnie z Pawłem, bo my przez sporą część trasy po prostu sobie żartowaliśmy. Nie było tak, że przez cały czas myślałem, jaki jestem zmęczony, jak wszystko mnie boli i dlaczego w ogóle się na to zdecydowałem.
Wręcz przeciwnie. Mimo zmęczenia dobrze się bawiliśmy i ten palec gdzieś tam mi dokuczał, ale stawało się to znośne w takim towarzystwie. I gdybym szedł sam, to myślę, że psychicznie byłoby mi znacznie trudniej, a tak zawsze można było coś skomentować, pośmiać się z siebie albo z całej sytuacji. Zresztą z perspektywy czasu tu też jest coś, co bardzo dobrze wspominam. Nie tylko sam wulkan, ale to wspólne przeżywanie całej wyprawy. Choć przyznaję, że moje wcześniejsze wyobrażenia o wejściu w czołówce grupy szybko przestało być aktualne.
Ognisko pod wulkanem. W końcu dotarliśmy do obozowiska. Naszym oczom ukazały się namioty. Pierwsze, co pamiętam, to po prostu radość. Radość, że na dzisiaj wystarczy, że to dzisiaj już tyle, że możemy sobie wreszcie odpocząć. To było takie bardzo przyjemne uczucie, kiedy człowiek jest zmęczony, ale wie, że zrobił coś fajnego, że wykonał dobrą pracę. Nasz organizator przygotował ognisko, dostaliśmy tam coś do jedzenia. Można było posiedzieć przy ognisku, porozmawiać, odpocząć. Były też pianki do opiekania nad ogniem i tu taka ciekawostka ode mnie. Ja pierwszy raz w życiu jadłem takie pianki z ogniska.
Niby banalna rzecz, ale jakoś wcześniej nigdy nie miałem okazji, więc wyobraźcie sobie tę sytuację, jesteśmy zmęczeni po całym dniu podejścia, siedzimy przy ognisku, dookoła góry, naprawdę wysokie. Rozmawiamy, śmiejemy się i opiekamy te nasze pianki. Naprawdę taka fajna atmosfera. Ja jeszcze z dzieciństwa wspominam bardzo dobrze ogniska, które trwało wiele godzin z koleżankami czy kolegami. Oczywiście nie wszystko było tam tak romantyczne. Był też prowizoryczny kibelek obok obozowiska, który dość skutecznie przypominał, że jesteśmy jednak w górach, a nie w jakimś luksusowym hotelu. położony nieco od naszego obozowiska, w którym naprawdę ciężko było się załatwić, ale właśnie takie szczegóły też tworzą te wspomnienia.
Tam w tym kibelku prywatność była bardzo ograniczona, powiem tak ogólnikowo. Siedzieliśmy przy ognisku ze świadomością, że rano, a właściwie jeszcze w środku nocy, że trzeba będzie wstać i ruszyć na sam szczyt Acatenango, bo plan był taki, żeby znaleźć się tam na wschód słońca, a nawet chwilę przed. Na razie jednak mogliśmy odpocząć i wtedy jeszcze nie wiedziałem, że najważniejszy moment tej całej wyprawy wydarzy się, zanim w ogóle rozpoczniemy to końcowe podejście.
Huk, którego nie zapomnę. Wróćmy na chwilę do tej nocy. Spaliśmy w namiocie po trzy osoby i nagle potężny wybuch. To nie był jakiś odległy pomruk, który można zignorować i spać dalej. Ten dźwięk był tak silny, że błyskawicznie poderwaliśmy się z miejsc, wybiegliśmy we trójkę na zewnątrz i wtedy zobaczyłem erupcję. Czerwona lawa wystrzeliła wysoko do góry, a następnie opadała i spływała po stoku Fuego, stopniowo tracąc swój blask, to było coś zupełnie innego niż oglądanie nagrania na YouTube. I jeszcze ten palący ból w głowie, pulsujący w tym wszystkim, obok tego huku. I nie da się tego zobaczyć na nagraniu, bo to nigdy nie będzie to samo, tak, jak nie da się o czymś do końca opowiedzieć, nie przeżywając tego niestety, więc to wszystko będzie mimo wszystko ograniczone, czy gdzieś jak będziecie słuchać na Spotify'u.
Bo na filmie widzicie obraz, możecie nawet usłyszeć dźwięk, ale tam wszystko dzieje się naprawdę. Jesteście w środku nocy, na zboczu sąsiedniego wulkanu i nagle jeszcze tacy oszołomieni z bólem głowy, że słyszycie taki huk i instynktownie wyskakujecie ze śpiworów, z namiotu, a później patrzycie w tę czerń, jak ziemia dosłownie wyrzuca z siebie rozżarzoną lawę. W pierwszej chwili nie wiecie, o co chodzi, obok większość osób wypadło z tych namiotów i oni też stoją tacy zdezorientowani, lekko przerażeni i patrzą w ciszy. Nie potrafię tego porównać do żadnego innego doświadczenia z moich podróży do dzisiaj.
I jeszcze na moment wrócę do tego bólu głowy, bo to jest bardzo zabawna historia, która do tej pory mnie trochę rozśmiesza, więc wrócę na chwilę do tej bolącej głowy i Pawła. To jest chyba jedna z najbardziej nierealnych, absurdalnych historii z całego wyjazdu, bo ja miałem cały czas ze sobą środki przeciwbólowe, jakiś Ibuprom czy inne tabletki już w tej chwili nie jestem w stanie sobie przypomnieć. I mogłem spróbować, taki miałem plan, żeby sobie pomóc, w razie czego po prostu na chorobę wysokościową. Tylko Paweł powiedział mi, że gdzieś czytał, że bardzo ważne jest, żeby na tej górze takich leków nie brać.
I ja go zapytałem od razu, no ale dlaczego? A on mówi, że nie pamięta, ale czytał, że właśnie tak trzeba uważać na to. No i co zrobiłem? Ja nie jestem wielkim fanem, więc raczej nie przyjmę tabletki, niż przyjmę. Staram się pocierpieć aż do tego takiego momentu kulminacyjnego, kiedy już nie jestem w stanie przeżyć i kręci mi się w głowie, zbiera mnie na wymioty i wtedy jeszcze cierpię te 30 minut, zanim w ogóle tabletka zadziała, więc nie wziąłem tych tabletek. Męczyłem się z tym bólem głowy niesamowicie i do końca. Po powrocie już na dół, jak mieliśmy internet, sprawdziliśmy temat i okazało się, że Paweł zapamiętał to dokładnie odwrotnie, niż powinien.
A ja się niepotrzebnie męczyłem, bo chodziło tam, żeby właśnie bardzo ważny jest, żeby te tabletki wziąć. Oczywiście trochę się z tego śmialiśmy, ale jakby już to całe doświadczenie było za nami, więc nie miało już wielkiego znaczenia i nie miałem do niego żadnego żalu o to. bo po pierwsze sam mogłem to sprawdzić wcześniej, a po drugie też cała wyprawa była jego pomysłem od początku. Gdybym miał zapamiętać Pawłowi jedną rzecz z tego wyjazdu, to zdecydowanie nie byłyby te nieszczęsne tabletki. Tylko to, że dzięki jego pomysłowi przeżyłem coś tak niesamowitego.
Najtrudniejsze miało jednak dopiero nadejść, Bo tej nocy czekało nas jeszcze wejście na sam szczyt Acatenango. Musieliśmy ruszyć przed wschodem słońca. I właśnie ten fragment zapamiętałem jako jedno z najtrudniejszych, a momentami również najbardziej niepokojących. Zerwaliśmy się w środku nocy jeszcze niewyspani z bólem głowy, na dworze ciemno, bardzo ciemno, praktycznie nic nie widać. ścieżka była słabo widoczna, a kamienie osuwały się autentycznie, uciekały spod nóg, co chwilę było słychać, jak ktoś się osuwa, spada nieco w dół i wraca na ścieżkę. Co gorsze, nie miałem własnej latarki czołowej.
Z tego, co dzisiaj pamiętam, to większość osób ich nie miała. I to był mój duży błąd w całych przygotowaniach, tego żałuję bardziej niż na przykład niewziętych tabletek. Przed wyprawą widziałem informację, że warto zabrać latarkę, zresztą Paweł mi nawet o tym powiedział, ale potraktowałem to właśnie jako coś, co dobrze mieć, ale nie jest to rzecz absolutnie niezbędna. i wydawało mi się, że będą jakieś pochodnie, że organizator zapewni dobre oświetlenie. Zasadniczo wyobrażałem sobie, że to jest bardziej zorganizowane. No więc nie. Część osób miała czołówki, ale ich światło było bardzo słabe, takie punktowe.
Jak szliśmy po tej ścieżce gęsiego, to w zasadzie tego światła nie było widać. Ja i tak miałem to szczęście, że szedłem za Pawłem, który miał swoją latarkę, więc mogłem minimalnie coś zobaczyć i próbowałem korzystać z tego fragmentu ścieżki, który oświetlał. Tyle, że kiedy idziecie w ciemności po stromym kamienistym terenie, to nie zawsze wystarcza. Kilka razy, co najmniej, nogi mi się obsunęły, traciłem równowagę, osuwałem się z kamieniami i czułem już tak z tyłu głowy gdzieś na plecach taki strach, że może mi się za chwilę naprawdę ta noga osunąć i popłynę gdzieś tam niżej. Nie tylko dlatego, że byłem zmęczony, że szumiało mi w głowie, miałem świadomość, że nie widzę dokładnie, gdzie stawiam nogi, a jednocześnie nie było za bardzo, jak się wycofać z tego.
Pamiętam też bardzo mocno takie poczucie osamotnienia wtedy. Niby idziecie w grupie, niby obok są inni ludzie, ale w tej ciemności szliśmy gęsiego już nie tak jak wcześniej, i ledwo w tej ciemności całej widzicie inne osoby. Każdy tam był skupiony na siebie, na własnych krokach, własnym wysiłku, na tym, żeby dotrzeć wyżej. Tam już raczej nie było rozmów, śmiechu. Miałem wrażenie, że gdybym gdzieś się osunął, to pozostali mogliby nawet tego od razu nie zauważyć. Oczywiście to było moje odczucie w tym momencie, nie wiem, jak by się stało, ale ja dobrze zapamiętałem te myśli. Właśnie wtedy docierało do mnie, jak bardzo nie doceniłem tej wyprawy przed wyjazdem, bo niedawno myślałem, że bez większego trudu będę wchodził jako jeden z pierwszych.
A teraz walczyłem o to, żeby po ciemku bezpiecznie postawić stopę, czy kolejny krok.
Wschód słońca, na który zdążyliśmy. I w końcu dotarliśmy na szczyt, zdążyliśmy na wschód Słońca. To było niesamowite uczucie. Z jednej strony nasze ogromne zmęczenie, z drugiej satysfakcja, Ja, że jednak daliśmy radę, że mimo wszystkich trudności, mimo bólu i tego nocnego podejścia, jesteśmy na górze. I przed nami zaczyna wschodzić słońce. Pamiętam widok wulkanów, pamiętam tę przestrzeń, której wcześniej podczas podejścia przez las po prostu nie było widać. I pamiętam ciarki, nie tylko ze względu na sam widok, ale też świadomość tego, ile wysiłku Przez te dwa dni kosztowało nas dotarcie w to miejscu.
A wtedy Fuego znowu zaczął się do nas odzywać, było słychać jego erupcję. Z wulkanu wydobywały się gazy, pojawiała się lawa i stojąc na samym szczycie Acatenango, miałem wrażenie, że Fuego znajduje się naprawdę blisko. Nie było już drzew, które ograniczałyby widok, po prostu staliśmy i patrzyliśmy na aktywny wulkan. To jest taka chwila, której nie daje się oddać zdjęciem, mimo że na zdjęciu mam uwieczniony moment wybuchu lawy. Można było zrobić piękne zdjęcie wschodu słońca, można nagrać erupcję, ale trudno przekazać to całe doświadczenie, te wszystkie emocje. jednocześnie i wschód słońca, i to światło żółte, i uśmiechy ludzi dookoła, którzy też, tak jak ja, dali radę, i nie da się tego połączyć w jedno zdjęcie, nawet nie da się tego zawrzeć wszystkiego w jednym wideo, no bo jak zawrzeć całe emocje nagromadzone, cały ból, cały wysiłek włożony w to, to żeby tam być. Nie da się tego zrobić.
Zmęczenie, które macie w nogach, strach, który czuliście jeszcze chwilę wcześniej, satysfakcję, że dotarliście i ten dźwięk, bo dźwięk Fuego to coś, co zostało ze mną chyba równie mocno, jak sam widok tej lawy. I tu jeszcze krótki komentarz, bo to nie jest tak, że to jest rzecz niemożliwa. ale oczywiście też można wejść na górę, każdy ma jakieś swoje cele. Dla jednego to będzie wyższa góra, dla drugiej osoby niższa. Dla mnie osobiście było to coś wyjątkowego i był to realnie duży wysiłek.
A potem trzeba było jeszcze zejść. Wiele osób, planując wejście na górę, skupia się na tym, jak trudne będzie zdobycie tego szczytu. Ja też tak robiłem. Tyle, że potem trzeba jeszcze wrócić na dół. W moim wypadku zejście okazało się naprawdę bolesne. Szliśmy szybciej niż podczas podejścia, bo mieliśmy teraz całą trasę do pokonania i mniej czasu. a przy schodzeniu pracują trochę inne mięśnie, inaczej obciążamy nasze stawy i mi jest trudniej schodzić. Ja już czułem cały wcześniejszy wysiłek, wciąż bolał mnie palec i zaczęły mnie jeszcze boleć kolana. Odczuwałem też nadwyrężenie w okolicy pachwiny, jak to ja zwykle mam.
Choć najważniejsza część wyprawy była już za nami, więc tego nie dało się już nam zabrać, tego, że zdobyliśmy ten szczyt, że widzieliśmy to, co widzieliśmy, to fizycznie wcale nie było nam łatwiej. To nie jest krótka wycieczka na jakąś niewielką górkę, zwłaszcza jeśli nie chodzicie regularnie po górach, tak jak ja i nie jesteście przyzwyczajeni do takiego wysiłku. Dla mnie to było naprawdę wymagające doświadczenie mimo że na tych naszych wyprawach chodziliśmy regularnie w ciągu dnia myślę, że około 15 km, 20 km to jednak nie było to samo co wejście pod taką górę. Ale czy żałowałem? Ani przez chwilę, nie było takiej chwili, żebym żałował.
Czy zrobiłbym to drugi raz? To jest ciekawa odpowiedź. Dochodzimy do pytania, które wydaje mi się bardzo ciekawe. Czy gdybym dziś miał okazję jeszcze raz wejść na Acatenango, zrobiłbym to? Wiecie co? Chyba nie. Ale nie dlatego, że wyprawa była zbyt trudna, nie dlatego, że mi się nie podobało, wręcz przeciwnie, bo to było jedno z najbardziej wyjątkowych doświadczeń podróżniczych w moim życiu. Odwiedziłem wiele różnych zakątków świata, zobaczyłem mnóstwo ciekawych miejsc, poznałem mnóstwo ciekawych ludzi, a jednak ta wyprawa bardzo mocno zapisała mi się w pamięci, więc dlaczego? Bo ja już to przeżyłem.
Już widziałem Fuego wyrzucający lawę w środku nocy, Już słyszałem ten potężny huk, już stałem na szczycie Acatenango o wschodzie słońca, zmęczony, ale szczęśliwy, że zdążyliśmy. Nie wiem, czego miałbym oczekiwać od drugiego wejścia, bo za pierwszym razem wszystko było dla mnie niespodzianką, wszystko było nowe. Nawet nie wiedziałem, że ten wulkan rzeczywiście będzie wyrzucał lawę. Jak gdybym poszedł drugi raz, wiedziałbym już, jak wygląda ta trasa, jak ciężkie jest podejście, jak wygląda obozowisko, mógłby się zmienić kolor namiotu, mogłoby się zmienić miejsce tego obozowiska, ale mniej więcej wiedziałbym z czym się będę mierzył, jak to będzie wyglądać. Być może byłoby to bardziej ekscytujące, być może trochę mniej, być może wtedy Fuego nie wybuchałby tak intensywnie, być może wybuchałby bardziej, ale wiedziałbym, czego się spodziewać.
Ale czy przeżywałbym to tak samo? Nie sądzę.
Miałem kiedyś trochę podobne doświadczenie ze Sri Lanką. Doskonale wspominałem swoją pierwszą podróż do tego kraju. Samotną wówczas i pojechałem tam drugi raz z Pawłem. i nadal było bardzo ciekawie, nadal było, co oglądać. Oczywiście ja tam byłem w innym momencie, życia tam miałem inne troszkę oczekiwania, ale mimo wszystko, mimo tych wszystkich rzeczy, które się zmieniły, miałem tam jeszcze jakieś problemy zdrowotne, to mimo tego wszystkiego nie czułem już tych samych emocji. Może tak jak zacząłem sobie o tym myśleć, może Sri Lanka się zmieniła, bo byliśmy trochę w innych miejscach, to fakt, trochę inną Sri Lankę zobaczyliśmy, a może to ja się zmieniłem, trudno mi powiedzieć.
Tak jak mówię, może sam wulkan zaskoczył by mnie czymś innym, ale ja zrozumiałem, że nie zawsze da się powtórzyć to samo doświadczenie. Nawet jeśli wrócimy dokładnie w to samo miejsce. Ja też kiedyś wróciłem do Yangshuo, w Chinach, do miasteczka, które mi się bardzo kiedyś podobało. I zostało w mojej pamięci, w moich wspomnieniach, jako takie wyjątkowe, to takie, niektórzy to Chińczycy nazywają polskim Zakopanem. I wróciłem w to miejsce wiele lat później i zobaczyłem zupełnie inne miasteczko. No, nadal ciekawe, ale było już takie skażone, nie wiem, czy to dobre słowo, ale takiego użyję, miało wiele takich galerii typowych, jakieś Zara, jakieś inne rozpoznawalne marki w każdym razie i to już nie było to samo miasteczko.
Nadal bardzo interesujące, nadal ciekawe, ale już inne niż miałem w tych wspomnieniach kilkanaście, w zasadzie lat wcześniej. Kiedy było jeszcze takie bardziej dzikie, bardziej egzotyczne, to chyba lepsze nawet słowo do tego. Dlatego myślę, że niektóre podróże po prostu warto pozostawić w pamięci takimi, jakie były, nie próbować ich poprawiać na siłę, nie próbować jeszcze raz odtwarzać tych samych emocji. i tak po czasie zostają te najlepsze emocje. Tylko po prostu cieszyć się, że mieliśmy okazję coś takiego przeżyć. Ale jest jeden wyjątek. Bo gdyby kiedyś tak sobie dzisiaj myślę, mój syn powiedział, że chciałby wejść na Acatenango i zobaczyć Fuego i powiedziałby, że chciałby to zrobić właśnie ze mną, że brakuje mu tego towarzystwa, a to jest bardzo prawdopodobne, że ja bym poszedł, bo to też zmieniłoby trochę perspektywy.
Bo wtedy nie szedłbym już po to, żeby ponownie przeżyć własną przygodę, chociaż trochę tak, bo coś przeżywa się razem w pewnym towarzystwie, ale musiałaby być to ważna osoba. Nie poszedłbym już tak po prostu dla siebie tylko. I też chciałbym zobaczyć, jak on przeżywałby swoją.
Czy warto wejść na Acatenango? Jeśli ktoś zapytałby mnie dzisiaj, czy polecam taką wyprawę, to powiedziałbym mu: jeśli czujesz, że chcesz tam pójść, to idź. Oczywiście odpowiednio się przygotuj, nie powtarzaj moich błędów. Nie rób tak jak ja, który potraktował czołówkę jako opcjonalny dodatek, weź dobre buty, weź też pod uwagę swoją kondycję, wysokość, warunki i to, że trekking jest naprawdę wymagający. Weź koniecznie tabletki na ból głowy i doczytaj o tym. Ale jeśli będziesz miał taką możliwość i będziesz gotowy na ten wysiłek, to uważam, że warto, oczywiście też względy bezpieczeństwa, bo ja nie śledzę tego na bieżąco, jaka sytuacja teraz, więc to zawsze ryzyko, zawsze ryzyko musicie sami ważyć, ale jest tak, że jeżeli rozważacie pod kątem tego, co przeżyjecie, jakichś atrakcji, jakichś wrażeń, to uważam, że warto, bo to jest coś, co z dużym prawdopodobieństwem zapamiętasz bardzo długo.
Ja oczywiście nie wiem, co lubisz najbardziej, nie wiem, czym się ekscytujesz, więc muszę to trochę generalizować i tak ogólnikowo odpowiedzieć, bo każdy lubi inne rzeczy trochę, ale wydaje mi się, że to będzie też coś, o czym później będziesz opowiadał, czy opowiadała. Też jest całkiem prawdopodobne, że to będzie coś, o czym będziesz śnić.
Dla mnie Acatenango jest wyjątkowe z jeszcze jednego powodu. podróżując po świecie, łatwo trafić do miejsc, które na Instagramie wyglądają jak z bajki. Widzicie zdjęcia, oglądacie piękne filmy, wyobrażacie sobie, jak fantastycznie będzie tam pojechać, a później docieracie na miejsce i okazuje się, że rzeczywistość nie zawsze dorównuje tym wyobrażeniom, że to jest coś innego, że kolory są nie takie, że tak naprawdę dookoła jest mnóstwo osób, których nie było widać na zdjęciu, że to jest tylko perspektywa, że na przykład jakaś rzeźba wcale tak nie wygląda, bo jest bardzo mała albo prawie jej nie widać.
Zdjęcia były pięknie wykadrowane, kolory podbite, atmosfera jest zupełnie inna, bo dookoła są ludzie, gdzie nie da się zrobić w praktyce tego zdjęcia, nie czekając kilku godzin. Największe wrażenie robiło to na ekranie smartfona. A z Acatenango miałem odwrotne doświadczenie. Ja właściwie nie miałem wielkich oczekiwań, nie wiedziałem, co dokładnie zobaczę, zaufałem Pawłowi, a rzeczywistość okazała się znacznie bardziej niezwykła, niż mogłem przypuszczać, bo żadne zdjęcie, nawet te, które mam, mimo że ono przywoła moje emocje, to nie odda tego, jak budzicie się w namiocie od huku aktywnego wulkanu i jeżeli tego nie przeżyjecie, to to nie naciśnie to zdjęcie na odpowiednie struny i nie przypomni Wam o tym, czego nie przeżyjecie, czego nie przeżyliście wcześniej.
Jak wybiegacie na zewnątrz i widzicie czerwoną lawę wystrzeliwującą w ciemne niebo, jak kilka godzin później zmęczeni i trochę przestraszeni nocnym podejściem stajecie na szczycie, kiedy wschodzi słońce i rozświetla skały na żółto. To nie jest atrakcja, która wygląda wyjątkowo tylko na Instagramie. Nawet ba, powiem, że ona gorzej wygląda na Instagramie. Przynajmniej z tą technologią, jaka istniała wtedy, ale ta atrakcja naprawdę taka jest i wywołuje prawdziwe emocje. Dlatego mimo bólu głowy, tego rozbitego palucha, zmęczenia, problemów podczas nocnego podejścia i późniejszego bólu kolan nie zamieniłbym tej wyprawy na żadną łatwiejszą.
A czy chciałbym przeżyć ją ponownie? Nie muszę. Wystarczy mi, że kiedy zamykam oczy i przypominam sobie tamtą noc, nadal pamiętam ten huk i tę czerwoną lawę spływającą po zboczu Fuego. To jedna z tych rzeczy, które zostają z człowiekiem. Na zawsze.
Prowadzący
O podcaście Misja Świat
Misja Świat to podcast podróżniczy Piotra Starzyńskiego. Piotr podróżuje samodzielnie od 2012 roku i odwiedził 35 krajów na 5 kontynentach. Opowiada o miejscach, które poznał osobiście, własnych trasach, kosztach wyjazdów, lotach, noclegach i transporcie – o dalekich podróżach do Azji, Ameryki Południowej i Środkowej czy Afryki, ale też o europejskich city breakach i wakacjach organizowanych samodzielnie.
Zobacz wszystkie odcinki